Illustacja

Olka Osadzińska w rozmowie z Illu.stacją

olka osadzińska.jpg

1) Olka Osadzińska to nazwisko, które nie jest już anonimowe w środowisku ilustratorów, czujesz na sobie ciężar bycia jedną z tych czołowych ilustratorek? Wiąże się to z czymś konkretnym? Ma jakieś przełożenie na Twoje życie?


Nie nazwałabym tego ciężarem (śmiech). Miło mi słyszeć, że ktoś zna i lubi moje prace, a rozpoznawalność stylu czy nazwiska w przypadku pracy kreatywnej to na pewno bardzo duży plus. Nie zapominajmy jednak, że ilustracja nie jest jakąś niesamowicie popularną dziedziną życia codziennego, więc nie ma tu mowy o żadnej sławie.

Konsekwencje tej sytuacji są dwojakie – poszerza się grono projektów PR, w których biorę udział, a kurczy się grupa projektów, które polegają jedynie na wykonaniu ilustracji.


2) Jak wygląda warsztat pracy Olki Osadzińskiej? Stwarzasz sobie jakiś specjalny klimat do tworzenia ilustracji? Słuchasz konkretnej muzyki, pijesz specjalną kawę? ( hi hi hi) (opisz proszę jak wygląda Twoja pracownia i jaki panuje w niej klimat)


Przede wszystkim nie mam pracowni. Mam coś, co można by nazwać „stanowiskiem pracy”. Pracuję z domu i bardzo to sobie cenię. Jeśli na jakimś etapie życia uda mi się znaleźć mieszkanie o rozkładzie pozwalającym na wyłączenie jednego pomieszczenia tylko na pracę, będę bardzo zadowolona, ale dotyczy to przede wszystkim archiwum. Spędzam „w pracy” bardzo dużo czasu, więc lubię mieć oko na wszystko co dzieje się wokoło, zamknięcie w jednym pokoju mogłoby być bolesne.

To działa w dwie strony, więc moje biurko jest bardzo uporządkowane i stara się nie rzucać w oko kiedy przy nim nie siedzę. Zdarza się, że ktoś czasem chce odwiedzić moją „pracownię” i pokazać mnie przy pracy, prawda jest taka, że jest to prawdopodobnie najnudniejszy widok świata – dwa komputery, klawiatura, tablet i jedna osoba w słuchawkach po środku. Bardzo to dalekie od artystycznych pracowni elegancko poplamionych farbą ze ścianami pełnymi moodboardów. Funkcjonuję w raczej sterylnej sytuacji.

Piję kawę – z dużą ilością lodu i trzema rodzajami mleka – sojowym, kokosowym i ryżowym oraz hektolitry Club Mate. I tak, słucham muzyki. To bardzo ważna część mojej pracy. Przede wszystkim jest to moja playlista Flow na Spotify.


3) Czy cierpisz czasami na odpływ weny, czy jesteś na fali zwnoszącej 24 godziny na dobę? (jak sobie radzisz z brakiem weny, jeśli się zdarza?)


Szczerze mówiąc, nie wiem czy kiedykolwiek coś takiego jak wena mi się przytrafiło i lubię w tym temacie cytować Picassa, który mawiał, że jeśli wena istnieje, lepiej żeby Cię zastała przy pracy. Oczywiście są projekty, przy których mam prawie od razu pomysł na to, co chciałabym zrobić. I takie, nad którymi długo się zastanawiam zanim do nich podejdę, ale to co łączy wszystkie moje projekty i całokształt mojej pracy to praca badawcza i przygotowanie się do danego projektu – merytoryczne, wizualne, techniczne.

Są natomiast momenty kiedy niezależnie od tego jakbym się starała, kompletnie nie mam pomysłu albo mam fizyczny wręcz opór przed rozpoczęciem pracy – wtedy oczywiście bardzo przydatny jest deadline. Kiedy okazuje się, że naprawdę musisz to zrobić na jutro rano, wiele z dylematów znika.


4) Jak to się stało, że doszło do Twojej współpracy z firmą Reebok? Kto zadzwonił do kogo? :)


Zdaje się, że było dużo telefonów w różne strony. Do mnie zadzwoniła Klaudia Loretti, z polskiego oddziału Reeboka mówiąc, że do niej zadzwoniła szefowa z biura z Amsterdamu, do której chyba zadzwoniono z Bostonu. Efektem tych telefonów było to, że spadłam z krzesła – w Berlinie (byłam wtedy na stażu w Hort). To wszystko nie byłoby jednak możliwe gdyby nie Maciek Szumny, kiedyś brand manager Reeboka, który wspierał moją działalność w Warszawie i starał się promować polskich artystów u swoich amerykańskich przełożonych – bez jego pracy PR-owej pewnie nikt by tam o mnie nie wiedział.


5) Twoje życie to dzisiaj ilustracja, ale przecież nie był to plan A  na życie od początku. Twoi rodzice mieli inne wyobrażenie na temat dorosłego, samodzielnego życia Olki? Trudno było przekonać ich, że można żyć z rysowania?


Nie przypominam sobie specjalnego przekonywania – zawsze dość samodzielnie podejmowałam decyzje dotyczące swojego życia, więc zostali w pewnym sensie postawieni przed faktem dokonanym. Myślę, że do niedawna nadal myśleli, że przyjdzie moment kiedy zajmę się czymś poważnym, ale po ostatnim występie w DD TVN chyba stało się już jasne, że to naprawdę jest moja praca.


6) Masz w swoim portfolio imponujące projekty, wspomniany Reebok, ale jest też pierwsza ilustrowana okładka Elle i wiele innych. Marzenia same się spełniają w tej chwili, czy cały czas wymaga to jednak wysiłku i zabiegania o klienta?


Pewnie są marzenia, które spełniają się same i na pewno przydaje się w życiu szczęście, ale ja szczerze wierzę, że najbardziej satysfakcjonująca jest realizacja tych marzeń, na które się zapracowało. Szczęście, jak mówi przysłowie, sprzyja odważnym, a życia nie powinno zostawiać się przypadkowi. Dużą częścią mojej pracy jest dbanie o to, by ludzie widzieli jej efekty – na zaktualizowanej stronie, w odświeżonym portfolio, na instagramie, facebooku. Klienci podejmują decyzję o tym z kim pracować ze względu na to czego w danym momencie potrzebują, ale warto żeby pamiętali o naszym istnieniu, a to wymaga pracy.


7) Gdybyś nie była ilustratorką, to co byś w życiu robiła?


Gdybym nie miała pamięci złotej rybki myślę, że mogłabym być całkiem nienajgorszym prawnikiem. Lubię pracę badawczą oraz mówię bez ustanku. I myślę w punktach. To mogłoby być przydatne.


8) Żeby ilustrować, trzeba mieć pewną szczególna wrażliwość, trochę inaczej postrzegać świat, a z drugiej strony ilustrator to dziś bardzo komercyjny zawód, trzeba się wykazać niejednokrotnie umiejętnością zarządzania własnym talentem, umieć sprzedać produkt. Jak odnajdujesz się na tym polu?


Barbara Hulanicki powiedziała mi kiedyś, że mam mózg podzielony idealnie pomiędzy te dwie sfery. Czasami żałuję, że nie funkcjonuję w większym chaosie, bo wiele ciekawych rzeczy wynika z nieplanowanych, nieskoordynowanych i przypadkowych zdarzeń, o które trudno kiedy mózg funkcjonuje jak tabelka w excelu. Z drugiej strony wiem jak pracuje się z typem ludzi, których moglibyśmy nazwać prawdziwymi artystami z natury, i mimo że cenię ich talent i pracę, nie życzyłabym nikomu przeżyć związanych ze współpracą z osobami, które „inaczej postrzegają świat” – zwłaszcza ten deadlinów i ogólnych zasad pracy zawodowej.


9) Ostatnio widziałam Twój telewizyjny wywiad, mówiłaś w nim, że Berlin w którym mieszkasz jest dużo mniej atrakcyjnym rynkiem dla ilustratorów niż Polska. Dlaczego tak uważasz? Czy tu działa zasada, "dobrze tam, gdzie nas nie ma"? Dla wielu, jak nie większości artystów Berlin to Mekka.


To bardziej skomplikowany temat. Berlin jest super i jest tu masa okazji na realizację swoich artystycznych zainteresowań i projektów, ale nie ma tu rynku jako takiego – praca zawodowa, komercyjna i przede wszystkim płatna – pojawia się raczej w Monachium, Hamburgu, Düsseldorfe czy Frankfurcie. I na pewno działa tu też wspomniana opcja – wszędzie jest lepiej niż tu, gdzie jestem – z warszawskiej perspektywy trudno mieć porównanie jakości wykonania pewnych projektów. Na poziomie estetyki tego, co nas otacza i co mijamy na ulicy, mamy jednak ogromną pracę przed sobą. Dopóki ludzie (wszyscy, a zwłaszcza ci, którzy w ramach swoich zawodowych obowiązków mogą mieć na to wpływ) nie zrozumieją, że to, jak wygląda przestrzeń publiczna, ma bezpośredni wpływ na ich – nasze – życie i jego jakość, będziemy mniej szczęśliwi niż nasi sąsiedzi z Zachodniej Europy.


10) Czego życzysz sobie sama? Zawodowo, prywatnie? (prywatnie nie musisz pisać, jeśli nie chcesz się dzielić, ja to szanuję i nie zadam pytania " prywatnie",  jeśli nie będziesz chciała):)


Mniej się bać, więcej pracować. Dawać sobie więcej szans na realizację nowych projektów, na eksperymentowanie i popełnianie błędów, z których można potem wyciągać przydatne wnioski. Chciałabym nauczyć się lubić i doceniać sytuacje nieznane i wymagające wyjścia poza swoją strefę bezpieczeństwa. Jestem na tej drodze, ale nie miałabym nic przeciwko temu, by ów proces przebiegał płynniej (śmiech). Prywatnie jestem chyba całkiem szczęśliwa, co, bardzo w moim stylu, czasem mnie martwi, bo jak wiadomo – artysta głodny, artysta płodny.
 
Dziękuje za rozmowę
Illu.stacja